czwartek, 3 stycznia 2013

Szczęśliwego!

Nie było składania noworocznych życzeń, nie było postanowień. I nie będzie. I możecie sobie mieć pretensje, żale. Życzcie sobie. Postanawiajcie sobie co chcecie, jak najwięcej. Warto pamiętać jednak, że owe postanowienia, które siedzą wewnątrz duszy mogą powstać w każdą inną noc. Tak samo siłowe wciskanie życzeń opłatkowych, tydzień później dopychanie pijackimi ewolucjami przestrzeni opustoszałych po reakcjach wymiotnych. Szczerość czy fałszywość? Tradycja każe mi się uśmiechnąć więc uśmiecham się, wszyscy się uśmiechają. A czy nie fajna jest idea, żeby uśmiechać się, żeby wszyscy uśmiechali się w pozostałe dziewięćdziesiąt dziewięć coma dziewięć procent cyklu rocznego? Życzmy sobie codziennie szczęśliwego nowego dnia. Bez słów. Obecnością, gestem. Tak, wiem. Utopia.

                                           Marzy mi się. Marzy mi się niebo fajerwerków.


Bingo! Mam, znalazłam podświadomy powód syfu na biurku. Bo właściwie chodzi o to, by zasłonić syf przeszłości. Bardzo poetycko brzmiałby morał w takich słowach. Tyle, że bajka byłaby co najmniej w tytułowej kategorii. I wystarczy myśl, że mogłabym nazwać to w ten sposób i dostaje odruchu, jak gdybym sobie palca włożyła do gardła. W zasadzie nie na myśl, nie na obraz a na zasłyszenie. Rzygam sobą. Rzygam myśląc o sobie potrafiącej coś takiego wymyślić. Bajkę. Bo tak nie myślę. Nie teraz. Jeszcze nie. Teraz po częściowym uprzątnięciu pozostał bałagan, a przez niego prześwituje przeszłość. Jeszcze parę nocy i nie będzie widać lasu przeszłości. Jeszcze kilka miesięcy i może w końcu uprzątnę wszystko pod dywan. Póki co przeraża mnie możliwość przeniesienia i pustka jaka pozostanie po lesie, gdy go wytnę w pień. Kalendarz niechcący wyrzuciłam. A wątkiem pobocznym jest odwieczna niechęć do odrzucenia pokusy romantycznego masochizmu, którą się zawsze tylko przysłania, by ujrzeć ją w najbardziej nieodpowiednim momencie.



"z dnia robię noc
czarne okna, śpię
z nocy dzień
chodzę, czytam, jem"
-Miron Białoszewski

Dlaczego rozmowa po ciemku jest fajniejsza? Sądzę, że to dlatego że mrok pochłania słowa, odpływają i przestają do nas należeć. Kiedy zaś wypowiadamy je w pełnym świetle stają się wyraźne i jednoznaczne i nie ma przed nimi ucieczki. Słowa po zachodzie słońca grzęzną w połowie drogi między snem a jawą, prawdą a wymysłem, realiami a wybujałą wyobraźnią. Rano są już zapomniane, upchnięte w tył głowy. Dzienne rozmowy zaś są nie do upchnięcia. 

Pusto mi. Tęskni mi się. Jakoś tak nijak. Jakoś tak uhhhh. Porozmawiajmy. 

Oduczyłam się pisania. Szczęśliwego nowego dnia.