Marzy mi się. Marzy mi się niebo fajerwerków.
Bingo! Mam, znalazłam podświadomy powód syfu na biurku. Bo właściwie chodzi o to, by zasłonić syf przeszłości. Bardzo poetycko brzmiałby morał w takich słowach. Tyle, że bajka byłaby co najmniej w tytułowej kategorii. I wystarczy myśl, że mogłabym nazwać to w ten sposób i dostaje odruchu, jak gdybym sobie palca włożyła do gardła. W zasadzie nie na myśl, nie na obraz a na zasłyszenie. Rzygam sobą. Rzygam myśląc o sobie potrafiącej coś takiego wymyślić. Bajkę. Bo tak nie myślę. Nie teraz. Jeszcze nie. Teraz po częściowym uprzątnięciu pozostał bałagan, a przez niego prześwituje przeszłość. Jeszcze parę nocy i nie będzie widać lasu przeszłości. Jeszcze kilka miesięcy i może w końcu uprzątnę wszystko pod dywan. Póki co przeraża mnie możliwość przeniesienia i pustka jaka pozostanie po lesie, gdy go wytnę w pień. Kalendarz niechcący wyrzuciłam. A wątkiem pobocznym jest odwieczna niechęć do odrzucenia pokusy romantycznego masochizmu, którą się zawsze tylko przysłania, by ujrzeć ją w najbardziej nieodpowiednim momencie.
"z dnia robię noc
czarne okna, śpię
z nocy dzień
chodzę, czytam, jem"
-Miron Białoszewski
Dlaczego rozmowa po ciemku jest fajniejsza? Sądzę, że to dlatego że mrok pochłania słowa, odpływają i przestają do nas należeć. Kiedy zaś wypowiadamy je w pełnym świetle stają się wyraźne i jednoznaczne i nie ma przed nimi ucieczki. Słowa po zachodzie słońca grzęzną w połowie drogi między snem a jawą, prawdą a wymysłem, realiami a wybujałą wyobraźnią. Rano są już zapomniane, upchnięte w tył głowy. Dzienne rozmowy zaś są nie do upchnięcia.
Pusto mi. Tęskni mi się. Jakoś tak nijak. Jakoś tak uhhhh. Porozmawiajmy.
Oduczyłam się pisania. Szczęśliwego nowego dnia.

