piątek, 28 grudnia 2012

I made you inside my head

Ciebie chciałabym. Chciałabym Ciebie rozpisać w linijkach, poupychać w akapity, wepchnąć zapach w strofy i uchwycić smak w wersy. Nieudolnie, bo ja nie Asnyk , nie Żulczyk, nie Ochocki, nie Stachura.
Poczytajmy na zmianę, poleżmy z nimi, prześpijmy się wierszem.

Chciałabym wciskać tuszem , rysikiem to wszystko co sprawia, że na samą myśl o tobie skacze mi ciśnienie i mnie ściska w brzuchu, zaraz pod splotem słonecznym. Ale ja potrafię tylko rysować, słowa nie chcą się ze mną bawić. Zapełniam więc zeszyty szkicami oczu, ust, dłoni, bioder i pleców. Wszystko inne, wszystkie koty mojego autorstwa wyglądają jak samochody, gruchoty, te jak domy, one zaś jak ludzie. Wszystko jest jedna wielką nieszczęsną pomyłką. Uwiecznię Cię więc w sposób tylko mi znany, który już opanowałam. Klasycznie. Doskonale. Czyli? Wstęp, rozwinięcie, zakończenie. Dłonie we włosach , splecione dłonie, dłonie wzdłuż ciała. Opus Magnum.

Bo odkąd pamiętam piszę do ciebie, dla ciebie i o tobie. Choć nie znałam cię. Pisałam szkicem i wkładałam do szuflady na ciężkie czasy, które miały nadejść, które widziałam w kolorze mijających chmur i czułam boleśnie w szpiku.
Póki co twoim miejscem była biała kartka, pachniałeś drukiem jak perfumami, których zapachu nie znam ale rozpoznam wszędzie. Jesteś cały z blizn i rozdarć- zagięcia rogów. Tylko wiesz, paper cuts. A ja się boję, tak boję się kolejnych obrażeń. Za dużo moich historii w których przegrałam, jestem dziewczyną która zawsze bardzo chciała przegrywać.

I think I made you up inside my head , tak to fakt, przykre, nawet nie wiedziałam, czy istniejesz poza kartką, czy jesteś namacalny, żywy i realny, czy znasz adres pod którym ja czekam na ciebie. Bałam się, że moje nawoływania i znaki dymne trafiają tylko do bezdomnych, głupców i nocnych brudnych kotów.

Tymczasem wyskoczyłeś z szuflady, pogładziłeś kartki gładkimi opuszkami, zapytałeś co u mnie, a ja na pytanie odpowiedziałam pytaniem. Czy się wybierasz, bo mam pomarańcze, ładne piosenki, i koc zdecydowanie za duży jak dla jednej osoby. Please take a seat. I insist.



Poczekaj na mnie. Doganiaj mnie, tylko powoli, na spokojnie.

środa, 12 grudnia 2012

missing words

Ile razy można nie spać czekając?
Więc siedzę sama i piszę.
Do ciebie, do siebie, do niej i do niego. Wiersze nieprzeczytane, listy nie otwarte, słowa zagubione w kopercie. Którą bym i tak przecież wysłała. Buziak w policzek, w zimny nos, w zamarznięty na szaliku oddech. Więc piszę. Samemu się pisze. Za siebie się pisze. Do siebie się pisze. Wszystko co jest. Wszystko było. Jeszcze więcej co by być mogło.
A słowa tną mnie jak chcą. Dziwnie uwierają. Łaskoczą w ścięgna.

Nie zastanawiaj się nade mną. Cierpienie pochodzi z ograniczenia drugiej osoby. Nie uduś się, nie udław wąskim i obcisłym wyobrażeniem mnie.

Coraz bardziej za późno mi do wszystkiego.

Ostatni raz piszę. Nie mam już słów.

piątek, 7 grudnia 2012

pomarańcze

Nasuwa mi się w głowie myśl cudownej woni jaką pomarańcza roztacza w pokoju, kiedy wbija się kciuki w jej skórkę i dzieli się ją na kawałki. Dam ci kawałek, tylko przyjdź. Ktokolwiek przyjdź. Nakarmię cię, zrobię herbatę, kawę, dam ci koc. Tylko przyjdź. Ktosiu jakikolwiek. Nic już nie powiem, nie będę męczyć, pieprzyć, spoglądać, wzdychać. Tylko niech ktokolwiek pobędzie.

"-Co robisz?
Przytulam podłogę, bo jest smutna..."


Tego chcę tak na prawdę. Aby ktoś do mnie przyszedł. Nie pukał, lecz poczekał z dłonią na klamce, aż powiem "proszę". Nie potrzebuję przytulenia, objęcia , połamania żeber, zmiażdżenia serca i tych wielkich przyjacielskich scen. Chcę tylko, by dłoń, która ma jeszcze chłód klamki w sobie  pogłaskała mnie po pleckach i powiedziała, że będzie dobrze. A ja w zamian posłucham serca, które gdzieś tam pod drzwiami obumiera. Przyjacielu.

Tak na prawdę boję się, że inni mnie sobie odpuszczą. A wtedy będzie źle. Zbliża się wielkimi krokami. Coraz ich mniej, coraz bardziej pusto wokół. Nie odpuszczajcie mnie.

Czuję się jak robak, jak pasożyt. Kręcę się wokół ludzi, szukając żywicieli, a przecież robaków nikt nie chce.

Jakie to żałosne, jakie to użalanie się. A przecież są istotniejsze problemy. Gdzie ja po 1 w nocy kupię w Lublinie pomarańcze, czy mandarynki?

wtorek, 4 grudnia 2012

too close step

Rada. Jak to głupio brzmi. Jakbym była specjalistą od życia. Może nazwijmy to kontrastem pomocniczym.


Czasami lubię się bawić w boga, kończyć zdanie przed zdradzeniem powodów dla których wypowiedziałam jakiś kontrast pomocniczy. A może ich być kilka. Najważniejszy z nich to ten najtrudniejszy. Bo gdy zakładasz szufladkę w głowie rozmówcy, że działanie ma przynieść efekt, to ta osoba pójdzie za moimi zdaniami, będąc przekonaną co do ich słuszności. Konsekwencją jest to, że mózg nie może się uspokoić i skupić na działaniu, a to stan skrajnie niepożądany. A kim jestem, żeby decydować co dla kogo jest lepsze?
Dla jednych jestem tym, którą ktoś chce bym była. Czyli nikim.
Dla innych jestem nikim, lub znaczę niewiele , choć chcę kimś być.
Jeszcze inni oczekują ode mnie bycia, a ja nie potrafię.

Jest już grudzień, śnieg na drzewach, przyjemne zimno, a ja od środka zarosłam szronem. Brak tu sugestii, ale zasłużyłam na herbatę w dwóch kubkach. Sama wypije jeden. A Ty przecież lubisz herbatę.
Wymyślony przyjacielu.



Spróbuj choć raz wyolbrzymić szczęście 
zamiast problemu. 


Chciałabym by mnie ktoś kiedyś nazwał dobrym człowiekiem.

sobota, 1 grudnia 2012



Zachwycam się. Zachwycam się za każdym razem, kiedy patrzę na to DZIEŁO przypadkowo znalezionej na fejsie Agnes- Cecile. Nie raz, nie dwa byłam zachwycona nad obrazami które wyskakują mi w aktualnościach , ale dzisiaj wzdycham nad każdym pociągnięciem pędzla, nad każdym zaciekiem, nad każdą linią. Perfekcyjne w stu procentach. Idealne. Piękne.
Zinterpretuj to,  jak Ty to widzisz. Niczego nie kocham bardziej od interpretowania obrazów. Co Ty w tym widzisz? O czym on do Ciebie mówi? Co ma nam do przekazania?
Poleżmy nad tym.

***

Nadal kwiczy, nadal leży,
lecz gdy umrze w mrokach dziczy,
nie zachwyci liczba zniczy.

Czego pragnie?
wiecznej ciszy...


To co ważne wciąż się liczy.
ciągle leżąc w zwojach niszy,
jak niepamięć szarej kliszy.
Ten, co nagle spadł z afiszy.

To co ważne wciąż się liczy.





Po praktykach na oddziale psychiatrycznym doszłam do wniosku, że choroba psychiczna to efekt dramatycznego życia. Słuchając godzinami opowieści z życia pacjentów myślę, że chorują tylko ludzie po przejściach. Przypadki w których choroba psychiczna wzięła się znikąd można policzyć na palcach jednej ręki. Jak się więc ustrzec? Zastosować jakiś mechanizm obronny?
Mechanizm ucieczki w fantazję. To chyba mój ulubiony. Wyobrażasz sobie swoją przyszłość, marzysz, Tylko marzysz. Nie ma w tym chęci realizacji, nie ruszysz do przodu, nie zrobisz żadnego kroku by zrealizować to o czym fantazjujesz.
Mechanizm rozczepienia. Tylko czarne i białe. Tylko dobro i zło. Nic pomiędzy.
Kompensacja. Jeśli nie udało się w jednej dziedzinie szukasz drugiej. Robisz wszystko by by dobrym w czym innym.
Mechanizm bólu psychicznego. Zakłamujesz prawdę i racjonalność, nad wyraz skupiasz się na sobie. Uspokajasz poczucie winy.
To są moje mechanizmy. Nimi właśnie zafałszowuję obraz rzeczywistości. Żyję w zaprzeczaniu i fantazjach, wciąż dorabiając ideologie.
Jeszcze jeden nie wymieniony:
Mechanizm uwznioślenia. Jedyny w pełni pozytywny. Dzięki niemu przekierowuję energię na coś innego, na kogoś innego.


I to jest to na co tracę energię. Z prawie 800000 odtworzeń jakieś sto jest na pewno moich. Tak więc siedzę i się przyglądam, bo nie mam za bardzo planu na kolejne dwa oddechy.