niedziela, 2 czerwca 2013

raz pod wozem.. raz pod wozem

Powiało rześką zgnilizną. Wiosna. trwa. Kolejki po podroby, zieleń i wózki w parkach. Każdego ranka zabierają nam duszę, mleczne zęby i godzinę snu.

Chwała. "Niech będzie chwała za ten czas" - uśmiecham się przez szybę. Słupek rtęci rzece: Nadeszły cieple dni, raduj się. Z rynsztoków wypełzną sieroty pospólstwa, ławki zakwitną powłoką serc i genitaliów. Czujesz? Jak pachnie..

To ozon. Czuję strugi deszczu i dżdżownic. Mokrą sierść owczarków, przyklejone do bioder sukienki. Podziwiasz budowę łydek, zagryzione wargi. Pora wydobyć topielców z rozlanych stawów i uzupełnić tabletki.

Tak, to już inne wiosny, proszę pana. Skreślone nazwiska w notesie i samotna partia szachów. Choć nie sadziliśmy wypatrujemy pąków. Klasycznie czarnego bzu.

Jesteśmy już duzi, nie wierzymy w efekt cieplarniany i latające nisko jaskółki. Stawiam kołnierz na szyję,
Bez ciebie tutaj zawsze zima.

Znów ten zlepek słów w głowie. Wiesz, że ja tak myślę? Jakbym dryfowała na otwartym morzu i zabrakło mi sił. Jakbym próbowała pożegnać się z życiem. Jakbym chciała uchwycić mnóstwo tematów, słów na raz. Uhhhhh...


Pragnę, nawet nie marzę, ale pragnę, aby ktoś kiedyś pozwolił mi być słabą. Żeby ktoś mnie po prostu przytulił, ukołysał jak małe dziecko i nie oczekiwał lepszego charakteru, lepszych ocen, szczuplejszego ciała, szczerszego uśmiechu, weselszych oczu. By mi pozwolił się wypłakać i przez tę jedną cholerna chwilę zapaść się w ramionach. Pragnę chwili kompletnego upadku, całkowitej akceptacji i wtedy gdy stanę się najbardziej żałosnym człowiekiem jakiego znam odbiję się się od dna i stanę się znów silna.
Pozwól mi czasem umrzeć na twoich rękach Przyjacielu.