Powiedziałeś, że przyjdziesz do mnie w nocy, gdy będę skulona jak ciepły mruczący kot. I teraz czekam, zaczynając od tego wieczoru. Wgniatam usta w pierze poduszek, rozsnuwam włosy kolor ubiegłorocznych jesiennych liści na prześcieradle. Owijam palce w milczące suche gałęzie, zanurzam dłonie w ciemność. Ptaki ucichły, śpią. Gwiazdy nie potrafią uskrzydlić ciężkich chmur. Noc rośnie, z minuty na minutę, czerwone krople płyną ostrożnie. Na palcach powoli przez zamknięte okno wdziera się ostry, zimny księżyc. Zastanawiam się, czy nie przychodzisz dlatego, że daleko mi do wyglądu urokliwego kota. Czy może dlatego, że przerażam pana. Samotne koty wyglądają strasznie, cuchną i łaszą się o byle krople mleka. To bezpańskie koty. Bezpańskie drogi panie.
Wspomnienia, wspomnienia. Noc, dzień, dzień, noc. Czasem się gubię co jest dniem, a co nocą. W nocy przychodzą do Ciebie rozmaici ludzie. Lecz gdy wyciągam do nich rękę natrafiam na pustkę. Jestem sama ze swoimi wspomnieniami. Czasem ktoś ci przyśle list, ale czytasz i nie wierzysz, żeby go pisał człowiek. I znów jesteś sam. Znasz to uczucie, kiedy jesteś w jakimś miejscu i pytasz sam siebie, co tu robisz? Ze mną jest tak cały czas, skręca mnie, żeby sobie pójść. Z każdego miejsca w którym jestem, do innego. Bez końca gdzie indziej.
A z tobą chciałabym się spotkać jak dawniej. Bo wiesz co boli najbardziej? Kiedy idziesz w te same miejsca bez tych samych ludzi.
I gdzieś tak między "daj bucha" a "żyj" jest zaufanie. Trochę codzienności, błahych spraw i ważnych rozmów. Jeśli można z kimś pomilczeć to można z nim robić wszystko.
poniedziałek, 23 września 2013
sobota, 14 września 2013
I really fucked it up this time
Chciałabym być zbadana psychiczno-psychologicznie za pomocą tych fikuśnych obrazków, na których można ujrzeć wiele plam. Byłoby to ekscytujące zajęcie z racji niepewności i strachu przed zamknięciem na okres badań dążących do wyeliminowania odstępstwa od pełni zdrowia organizmu.
Swoją drogą jakby przebadać jednostkowo pewien ogół, ilu nich nie mieściłoby się w co najmniej jednej normie?
Jestem wykończona, psychicznie, fizycznie, wyczerpana. Potrzebuje łóżka, herbaty, deszczu za oknem i przyjaciela. Mnóstwa czasu, bez zbędnych ludzi, ułożonych włosów, makijażu i w piżamie.
Przyjacielu , trochę mi przemykasz, trochę wszędzie Cię widzę, trochę nie śpię. Niech będzie znów zima, przyjdzie ze śniegiem jak połamane nogi i zgony bezdomnych. Póki co jesień przychodzi z niepewnością, opowiadaniem pieprzyków, parą, zapachem kawy i oliwki. Synestezja, zanurzenia skali. Obie wiemy jak krótka jest droga od gryzienia wargo do krzyku. Wykrzycz w moja stronę wszystko, because I fucked it up this time. I fucked it up again.
Chciałabym się z tobą położyć. Tu i teraz. Żebyśmy zamknęły oczy i sobie wyobrażały. Nic nie słyszeć i nic nie mówić. Leżeć z uśmiechem na ustach. Patrzeć. Ufać. Czuć się bezpiecznie. Mieć zamknięte oczy i dostrzegać myśli przekazywane mimicznie.
Ale kim jestem, by decydować co dla kogo jest lepsze? Chciałabym być dokładnie tym kim chcesz bym była i znów nie do końca.
Jeśli jeszcze potrafisz, zaufaj. Proszę.
http://sounds-like-bullshit.blogspot.com/2012/10/anamchara.html
Swoją drogą jakby przebadać jednostkowo pewien ogół, ilu nich nie mieściłoby się w co najmniej jednej normie?
Jestem wykończona, psychicznie, fizycznie, wyczerpana. Potrzebuje łóżka, herbaty, deszczu za oknem i przyjaciela. Mnóstwa czasu, bez zbędnych ludzi, ułożonych włosów, makijażu i w piżamie.
Przyjacielu , trochę mi przemykasz, trochę wszędzie Cię widzę, trochę nie śpię. Niech będzie znów zima, przyjdzie ze śniegiem jak połamane nogi i zgony bezdomnych. Póki co jesień przychodzi z niepewnością, opowiadaniem pieprzyków, parą, zapachem kawy i oliwki. Synestezja, zanurzenia skali. Obie wiemy jak krótka jest droga od gryzienia wargo do krzyku. Wykrzycz w moja stronę wszystko, because I fucked it up this time. I fucked it up again.
Chciałabym się z tobą położyć. Tu i teraz. Żebyśmy zamknęły oczy i sobie wyobrażały. Nic nie słyszeć i nic nie mówić. Leżeć z uśmiechem na ustach. Patrzeć. Ufać. Czuć się bezpiecznie. Mieć zamknięte oczy i dostrzegać myśli przekazywane mimicznie.
Ale kim jestem, by decydować co dla kogo jest lepsze? Chciałabym być dokładnie tym kim chcesz bym była i znów nie do końca.
Jeśli jeszcze potrafisz, zaufaj. Proszę.
http://sounds-like-bullshit.blogspot.com/2012/10/anamchara.html
I really fucked it up this time
Didn't I, my dear?
Didn't'tI,my..
niedziela, 2 czerwca 2013
raz pod wozem.. raz pod wozem
Powiało rześką zgnilizną. Wiosna. trwa. Kolejki po podroby, zieleń i wózki w parkach. Każdego ranka zabierają nam duszę, mleczne zęby i godzinę snu.
Chwała. "Niech będzie chwała za ten czas" - uśmiecham się przez szybę. Słupek rtęci rzece: Nadeszły cieple dni, raduj się. Z rynsztoków wypełzną sieroty pospólstwa, ławki zakwitną powłoką serc i genitaliów. Czujesz? Jak pachnie..
To ozon. Czuję strugi deszczu i dżdżownic. Mokrą sierść owczarków, przyklejone do bioder sukienki. Podziwiasz budowę łydek, zagryzione wargi. Pora wydobyć topielców z rozlanych stawów i uzupełnić tabletki.
Tak, to już inne wiosny, proszę pana. Skreślone nazwiska w notesie i samotna partia szachów. Choć nie sadziliśmy wypatrujemy pąków. Klasycznie czarnego bzu.
Jesteśmy już duzi, nie wierzymy w efekt cieplarniany i latające nisko jaskółki. Stawiam kołnierz na szyję,
Bez ciebie tutaj zawsze zima.
Znów ten zlepek słów w głowie. Wiesz, że ja tak myślę? Jakbym dryfowała na otwartym morzu i zabrakło mi sił. Jakbym próbowała pożegnać się z życiem. Jakbym chciała uchwycić mnóstwo tematów, słów na raz. Uhhhhh...
Pragnę, nawet nie marzę, ale pragnę, aby ktoś kiedyś pozwolił mi być słabą. Żeby ktoś mnie po prostu przytulił, ukołysał jak małe dziecko i nie oczekiwał lepszego charakteru, lepszych ocen, szczuplejszego ciała, szczerszego uśmiechu, weselszych oczu. By mi pozwolił się wypłakać i przez tę jedną cholerna chwilę zapaść się w ramionach. Pragnę chwili kompletnego upadku, całkowitej akceptacji i wtedy gdy stanę się najbardziej żałosnym człowiekiem jakiego znam odbiję się się od dna i stanę się znów silna.
Pozwól mi czasem umrzeć na twoich rękach Przyjacielu.
Chwała. "Niech będzie chwała za ten czas" - uśmiecham się przez szybę. Słupek rtęci rzece: Nadeszły cieple dni, raduj się. Z rynsztoków wypełzną sieroty pospólstwa, ławki zakwitną powłoką serc i genitaliów. Czujesz? Jak pachnie..
To ozon. Czuję strugi deszczu i dżdżownic. Mokrą sierść owczarków, przyklejone do bioder sukienki. Podziwiasz budowę łydek, zagryzione wargi. Pora wydobyć topielców z rozlanych stawów i uzupełnić tabletki.
Tak, to już inne wiosny, proszę pana. Skreślone nazwiska w notesie i samotna partia szachów. Choć nie sadziliśmy wypatrujemy pąków. Klasycznie czarnego bzu.
Jesteśmy już duzi, nie wierzymy w efekt cieplarniany i latające nisko jaskółki. Stawiam kołnierz na szyję,
Bez ciebie tutaj zawsze zima.
Znów ten zlepek słów w głowie. Wiesz, że ja tak myślę? Jakbym dryfowała na otwartym morzu i zabrakło mi sił. Jakbym próbowała pożegnać się z życiem. Jakbym chciała uchwycić mnóstwo tematów, słów na raz. Uhhhhh...
Pragnę, nawet nie marzę, ale pragnę, aby ktoś kiedyś pozwolił mi być słabą. Żeby ktoś mnie po prostu przytulił, ukołysał jak małe dziecko i nie oczekiwał lepszego charakteru, lepszych ocen, szczuplejszego ciała, szczerszego uśmiechu, weselszych oczu. By mi pozwolił się wypłakać i przez tę jedną cholerna chwilę zapaść się w ramionach. Pragnę chwili kompletnego upadku, całkowitej akceptacji i wtedy gdy stanę się najbardziej żałosnym człowiekiem jakiego znam odbiję się się od dna i stanę się znów silna.
Pozwól mi czasem umrzeć na twoich rękach Przyjacielu.
środa, 1 maja 2013
czasy niedokonane
Pozbawione sensu jest długie i wyczerpujące pisanie, nie mam już na to siły. Myśli trzy:
Coraz bardziej zadarte są głosy po wódce, coraz niższe tony i gorzkie. Coraz ostrzejsze żłobienia i bruzdy na twarzach. Powtarzamy się w kolejnych latach, te same sekwencje i okazuje się, że teoretycznie nic się nie zmieniło a praktycznie zmieniło się wszystko.
Żadna pora roku, żaden miesiąc, promienie słońca, zmiany temperatury w jakiejkolwiek ilości nie niwelują mroku, który się trzyma w sobie.
Wmawiano mi, że do wszystkiego się można przyzwyczaić. Głośno o tym mówiono. A to było takie ciche prowokowanie losu. By mi nie pozwolono trwać w tym przyzwyczajeniu zbyt długo. A teraz bez drugiego dna i oczekiwań: do wszystkiego się można przyzwyczaić, seriously. Dobrze wiesz, do jakiego stopnia można oswoić i uczynić częścią siebie brak i pustkę. Rozmycie związane z tym, że nigdy nie było się dla kogoś jedynym, tylko jednym z wyboru. Najgorszym bo dokonanym.
Litery są puste. Słowa są pełne i bolą. To chyba wszystko.
Coraz bardziej zadarte są głosy po wódce, coraz niższe tony i gorzkie. Coraz ostrzejsze żłobienia i bruzdy na twarzach. Powtarzamy się w kolejnych latach, te same sekwencje i okazuje się, że teoretycznie nic się nie zmieniło a praktycznie zmieniło się wszystko.
Żadna pora roku, żaden miesiąc, promienie słońca, zmiany temperatury w jakiejkolwiek ilości nie niwelują mroku, który się trzyma w sobie.
Wmawiano mi, że do wszystkiego się można przyzwyczaić. Głośno o tym mówiono. A to było takie ciche prowokowanie losu. By mi nie pozwolono trwać w tym przyzwyczajeniu zbyt długo. A teraz bez drugiego dna i oczekiwań: do wszystkiego się można przyzwyczaić, seriously. Dobrze wiesz, do jakiego stopnia można oswoić i uczynić częścią siebie brak i pustkę. Rozmycie związane z tym, że nigdy nie było się dla kogoś jedynym, tylko jednym z wyboru. Najgorszym bo dokonanym.
Litery są puste. Słowa są pełne i bolą. To chyba wszystko.
poniedziałek, 11 marca 2013
Let’s get things straight.
Nie daję po sobie poznać, że boję się.
Nie jest to zwierzęcy strach, to nie ten nagły skok adrenaliny i kortyzolu, powodujący gęsią skórkę i fale zimnego potu na czole. Nie. To nieustające drżenie w środku. Jakaś część mnie w środku trzęsie się z przerażenia jak osika. Wciąż słyszę gorzki, ściskający w gardle głos, którego gdy zapytam: Będzie dobrze?, odpowiada: A co jeśli nie?
Gdy byłam mała kroiłam koty z sąsiedztwa, by zobaczyć co mają w środku. Moje dziecięce psychopatyczne myślenie pojmowało narządy jako wydzielaczy emocji. Serce jako organ miłości, mózg mądrości- tych byłam pewna, resztę? Resztę zmyślałam. Nie wiem dlaczego płuca były dla mnie narządem strachu. Może dlatego, że strach bawi się oddechem, przyspiesza go, zwalnia, zatrzymuje, zapiera dech w piersiach. Tak było wtedy. Teraz wiem, że nie ma narządu strachu, ale we mnie jest gdzieś umiejscowiony, nieznany, dobrze unaczyniony. Narząd strachu drży jeszcze silniej i dotkliwie.Przemijanie, omijanie, dochodzenie do porządku dziennego. To czego chce nigdy się nie wydarzy, teraz pełniej to do mnie dociera, koszmarniej.
Skończyły się czasy, kiedy można było być bezkarnie sentymentalnym, roztkliwionym. Pęd życia nie uznaje kierunku wstecz. I trzeba biec we mgle, na bezdechu i na oślep.Pomimo dezorientacji i strachu.Ze strachu rodzi się panika, a z paniki obłęd. Coraz częściej myślę, że wszyscy mamy zniekształconą psychikę, pokruszoną i oszalałą, niepokój, fobie.
Ja nawet nie oczekuję, że kiedykolwiek pojawi się szczęśliwe życie i sceny jak z amerykańskich filmów, że wokół zapanuje dobro i wszystko będzie śnieżnobiałe. Pragnę chwili absolutnego spokoju, pewności, że nic złego się nie dzieje, że jestem bezpieczna i że właśnie w tej chwili jest w porządku. Bez grozy, ciężaru i znojów. To tak jakby mój anatomiczny wiek dopasował się do tego na ile mentalnie się czuję.
Z tych oto powodów sypiam płytko, lekko trzęsąc się. W snach już z rzadka się pojawiasz. Zamiast tego leżysz w pozycji na misie. Dupka do dupki i śpi się.
Bezsennie.
środa, 20 lutego 2013
Czekając na Godota.
Lubię ludzi palących przy mnie. Młodych zwłaszcza. Lubię na nich patrzeć. Jak mrużą oczy i mieszają dym z powietrzem świata. Rano, na przystanku, w przebijającym się przez szare powietrze słońcu. Jest w tym pewna zazdrość. Ale głownie satysfakcja. Satysfakcja, że nie wszyscy dali się opętać idei hodowania zdrowego człowieka. By dłużej żył, by więcej pracował, coraz więcej konsumował i był tańszy w obsłudze.
Lubię delikatnie wciągać dym, który zostaje. Dyskretnie.
Lubię delikatnie wciągać dym, który zostaje. Dyskretnie.
Czuję się jak Werter z powiatowego miasta. Nic ponad to. Wciąż uważającym że wierząc, że niebo jest limitem można sobie roztrzaskać głowę o sufit.
Oczekiwanie w pleśni, mokrych, zatęchłych, śmierdzących kotami piwnicach.
Czuję się sprowadzona do zwiniętego w kłębek rozczarowania. Zwierzęcy strach. Miłość mój królu nie jest dla bydląt. Przyciskam pysk do chłodnej podłogi.
Tak na prawdę nie wiem co począć z ludźmi. Inni są piekłem. Każdy inny człowiek już przez fakt swojego istnienia ogranicza naszą wolność, zdolność do osiągnięcia szczęścia. Wymaga od nas kontaktu, relacji, stosunku. Tkwię w tym przekonaniu w dużej mierze, ale chyba jestem dziewczynką nihilistyczno-egzystencjalną i nieszczególnie lubię więzy. Im ich mniej tym zdrowiej.
Są jednak takie których się pragnie. Chce się by nas ktoś zniewolił, sami wyciągamy ręce do dybów. Bo ta niewola jest kojąca, daje wrażenie bezpieczeństwa i spokoju.
Miłość to kajdany, tak myślę.
Kęsy żółci. Źrenice psów, którym ktoś kazał za długo czekać. Bo i ja tak długo czekałam. I w myślach nazywam cię Godot. Krwawię więc istniejesz. To chyba z upływu tej krwi. Z powodu upływu tej krwi nie pytam, czy już śpisz.
A w myślach nazywam cię Godot.
Czuję, że moje życia spływa po ścianach murów podwórek. Z górki, pod górkę, z górki, pod górkę. A białka w oczach żółkną od wódki. Niewiele mnie pamiętasz. Pamięć jest jak pęta.
W myślach nazywam nas krater.
piątek, 8 lutego 2013
Jak to jest? Jak to jest, że były kiedyś czasy kiedy cieszyliśmy się z pierwszego śniegu? Pamiętasz te czasy? Ty pewnie też nie. Wspomnienie bałwanów, zjazdów na sankach, przycinania brody kurtką zapinaną po czubek nosa. Wspomnienia zatarły się przez obrazy tych wszystkich dni, kiedy budziłam się rankiem, zmarznięta, zwinięta w kłębek na pustym łóżku, mając pewność, że chyba nie można być bardziej samotnym i do tej samotności przyzwyczajonym.
Jak to jest, że zima jest nieunikniona? Kiedy nadeszła obecna byłam przekonana, że już nie dam rady, nie tej zimy, że zamarznę, skostnieję, zastygnę któregoś zimowego wieczora. To były te momenty w życiu, w których człowiek czuje, że wszystko, co dobre jest już za nim. Nic dobrego Cię już nie spotka, nie znajdziesz upragnionego miejsca, nie odniesiesz sukcesu, nie zaufasz.
Przede wszystkim, kiedy już kiedyś ktoś zostawił po sobie wizję oddalających się pleców, bolesne ślady na szyi, fusy z mózgu. Życie nie potrzebuje usprawiedliwień dla rozdartych połówek jabłka. To się po prostu dzieje. Stało się.
Przeczytałam gdzieś, kiedyś, że zima jest łaskawsza dla samotnych niż lato. Bo mróz konserwuje. Hibernacja. Zmysły wprawiają się w stan zimowego otępienia. Nie zgadzałam się z tą teorią. Zawsze o tej porze roku czułam najintensywniej, napawałam się tym dramatem, kiedy chłód przenika kości, kiedy nawet ściany są zimne. Tak jakby świat poprzez zimę chciał powiedzieć samotnym jak ich nienawidzi.
Jak to jest, że mimo tego chłodu, jest tak pięknie? To całe lodowe królestwo, ta puszystość śniegu, raj bieli, mleczne powietrze.
Takich widoków nie powinno się podzielać w pojedynkę.
Jak to jest, że zima zawsze wyjątkowo wcześnie zaskakuje drogowców, że sklepy odzieżowe nie zdążają czasem wystawić zimowej kolekcji? Tego roku najbardziej zaskoczeni byli ci wszyscy przegrani, którzy wieczorami włóczyli się po mieście, by wśród współczujących cieni i uścisków nocnego miasta smakować melancholię. I ja włócząc się w topniejącym jeszcze śniegu dziwiłam się. Będąc pozbawiona ludzkiego ciepła trzeba było znaleźć namiastkę. Nic nie jest jednak w stanie zastąpić ciepła drugiego ciała. Człowiek jako źródło ciepła jest bezkonkurencyjny. Jak to jest, że samotnika można poznać po ciepłych tkaninach, rękawiczkach, czapkach, szalach, nieokreślonych ilościach herbat, kocu, kotach, sporej kolekcji seriali telewizyjnych, które wszak nie są źródłem ciepła, ale umilają przesiadywanie duszy w chłodni.
Jak to jest, że tak po prostu zaczęło być mi wszystko jedno. Jakoś tak nieubłaganie. Tak jak Ginchowi rosło i zaczynało bić serce, u mnie było proporcjonalnie odwrotnie. Pogodzona z unicestwieniem, dezintegracją, korozją i rozkładem. Było mi wszystko jedno czy zdechnę samotnie, czy zjedzą mnie wredne ludzkie spojrzenia. Jak to jest, że prócz tego stopniowego umierania od środka wszystko było dobrze, robiłam swoje. Młodość, schludność, uporządkowanie, uśmiech, dzięki temu społeczeństwo nie wnika, można spokojnie gnić, rozpadać się.
Ważni ludzie pojawiają się w życiu mimochodem. Z biegiem czasu wydaje się to niesamowite, bo sposób w jaki się pojawili był trywialny, bo przecież jeden szczegół mógł sprawić, że losy potoczyłyby się inaczej. Oto ocalenie, oto ciepło przyszło.
Jak to jest, że miejsce nie ma znaczenia? Czy to był przystanek autobusowy, trajtek, klub, bar, ławka, czy cmentarz komunalny, miejsce to tylko fragmencik opowiadanej historii, z punktu widzenia zakochania jest tylko detalem logistycznym. Tak czy inaczej, wdzięcznam losowi.
I choć zima wciąż nie odpuszcza, coś we mnie rośnie, czuję to rozkoszne ciepła ciała, moja dusza odtajała. Wczułam się. Roztkliwiłam. Perfumy, wino, śmiech, dwuznaczności, prowokowanie, drażnienie się. Jak to jest, że czasem trudno rozpoznać, czy to wciąż upojenie momentami, jego perfumami, nim samym, winem, czy też wszystkim po trochę. Nie wiem, ale pewne jest to, że nie chcę otrzeźwieć.
Jak to jest, że widok zimy jest tak rozkoszny? Płatki śniegu rozświetlone przez miejskie latarnie, ta chwila bliskiego ciepła, chwila kiedy szczęście klepie cię po plecach i mówi: "wreszcie się spotykamy!" Chwila, kiedy idzie się ramię w ramię, on ociera się łokciem o twój łokieć i w końcu splatają się dłonie. To deklaracja, symbol, przepowiednia. I od tej pory już razem się idzie. I jakoś jaśniej jest i nie dlatego, że noce w zaśnieżonych miastach są jasne. Wcale nie dlatego.
A zima staje się świadkiem, miłym, nastrojowym, przyćmionym tłem.
Jak to jest, że od tej pory już jest się szczęśliwym? Samotnikowi zawsze ciężko uwierzyć w takie scenariusze, dlatego przez pierwsze dni kiedy się z tym oswaja, siada łagodnie na kolana, tuli się, by poczuć się całkiem czyjś, czuć nieustające ciepło. I znikają wszystkie strachy, lęki, blizny, ciepło wypełnia pustkę, a serca biją intensywniej, aż chce się brać w objęcia nieznajomych jak bohaterowie kiepskich musicali.
I teraz, gdy piszę to rzygające tęczą słowa, zima wciąż trwa, ale ja ją wciąż kocham, gdyż zdarza jej się przynosić nieoczekiwane dary. Największy z nich już pewnie śpi.
Jak to jest??
Jak to jest, że zima jest nieunikniona? Kiedy nadeszła obecna byłam przekonana, że już nie dam rady, nie tej zimy, że zamarznę, skostnieję, zastygnę któregoś zimowego wieczora. To były te momenty w życiu, w których człowiek czuje, że wszystko, co dobre jest już za nim. Nic dobrego Cię już nie spotka, nie znajdziesz upragnionego miejsca, nie odniesiesz sukcesu, nie zaufasz.
Przede wszystkim, kiedy już kiedyś ktoś zostawił po sobie wizję oddalających się pleców, bolesne ślady na szyi, fusy z mózgu. Życie nie potrzebuje usprawiedliwień dla rozdartych połówek jabłka. To się po prostu dzieje. Stało się.
Przeczytałam gdzieś, kiedyś, że zima jest łaskawsza dla samotnych niż lato. Bo mróz konserwuje. Hibernacja. Zmysły wprawiają się w stan zimowego otępienia. Nie zgadzałam się z tą teorią. Zawsze o tej porze roku czułam najintensywniej, napawałam się tym dramatem, kiedy chłód przenika kości, kiedy nawet ściany są zimne. Tak jakby świat poprzez zimę chciał powiedzieć samotnym jak ich nienawidzi.
Jak to jest, że mimo tego chłodu, jest tak pięknie? To całe lodowe królestwo, ta puszystość śniegu, raj bieli, mleczne powietrze.
Takich widoków nie powinno się podzielać w pojedynkę.
Jak to jest, że zima zawsze wyjątkowo wcześnie zaskakuje drogowców, że sklepy odzieżowe nie zdążają czasem wystawić zimowej kolekcji? Tego roku najbardziej zaskoczeni byli ci wszyscy przegrani, którzy wieczorami włóczyli się po mieście, by wśród współczujących cieni i uścisków nocnego miasta smakować melancholię. I ja włócząc się w topniejącym jeszcze śniegu dziwiłam się. Będąc pozbawiona ludzkiego ciepła trzeba było znaleźć namiastkę. Nic nie jest jednak w stanie zastąpić ciepła drugiego ciała. Człowiek jako źródło ciepła jest bezkonkurencyjny. Jak to jest, że samotnika można poznać po ciepłych tkaninach, rękawiczkach, czapkach, szalach, nieokreślonych ilościach herbat, kocu, kotach, sporej kolekcji seriali telewizyjnych, które wszak nie są źródłem ciepła, ale umilają przesiadywanie duszy w chłodni.
Jak to jest, że tak po prostu zaczęło być mi wszystko jedno. Jakoś tak nieubłaganie. Tak jak Ginchowi rosło i zaczynało bić serce, u mnie było proporcjonalnie odwrotnie. Pogodzona z unicestwieniem, dezintegracją, korozją i rozkładem. Było mi wszystko jedno czy zdechnę samotnie, czy zjedzą mnie wredne ludzkie spojrzenia. Jak to jest, że prócz tego stopniowego umierania od środka wszystko było dobrze, robiłam swoje. Młodość, schludność, uporządkowanie, uśmiech, dzięki temu społeczeństwo nie wnika, można spokojnie gnić, rozpadać się.
Ważni ludzie pojawiają się w życiu mimochodem. Z biegiem czasu wydaje się to niesamowite, bo sposób w jaki się pojawili był trywialny, bo przecież jeden szczegół mógł sprawić, że losy potoczyłyby się inaczej. Oto ocalenie, oto ciepło przyszło.
Jak to jest, że miejsce nie ma znaczenia? Czy to był przystanek autobusowy, trajtek, klub, bar, ławka, czy cmentarz komunalny, miejsce to tylko fragmencik opowiadanej historii, z punktu widzenia zakochania jest tylko detalem logistycznym. Tak czy inaczej, wdzięcznam losowi.
I choć zima wciąż nie odpuszcza, coś we mnie rośnie, czuję to rozkoszne ciepła ciała, moja dusza odtajała. Wczułam się. Roztkliwiłam. Perfumy, wino, śmiech, dwuznaczności, prowokowanie, drażnienie się. Jak to jest, że czasem trudno rozpoznać, czy to wciąż upojenie momentami, jego perfumami, nim samym, winem, czy też wszystkim po trochę. Nie wiem, ale pewne jest to, że nie chcę otrzeźwieć.
Jak to jest, że widok zimy jest tak rozkoszny? Płatki śniegu rozświetlone przez miejskie latarnie, ta chwila bliskiego ciepła, chwila kiedy szczęście klepie cię po plecach i mówi: "wreszcie się spotykamy!" Chwila, kiedy idzie się ramię w ramię, on ociera się łokciem o twój łokieć i w końcu splatają się dłonie. To deklaracja, symbol, przepowiednia. I od tej pory już razem się idzie. I jakoś jaśniej jest i nie dlatego, że noce w zaśnieżonych miastach są jasne. Wcale nie dlatego.
A zima staje się świadkiem, miłym, nastrojowym, przyćmionym tłem.
Jak to jest, że od tej pory już jest się szczęśliwym? Samotnikowi zawsze ciężko uwierzyć w takie scenariusze, dlatego przez pierwsze dni kiedy się z tym oswaja, siada łagodnie na kolana, tuli się, by poczuć się całkiem czyjś, czuć nieustające ciepło. I znikają wszystkie strachy, lęki, blizny, ciepło wypełnia pustkę, a serca biją intensywniej, aż chce się brać w objęcia nieznajomych jak bohaterowie kiepskich musicali.
I teraz, gdy piszę to rzygające tęczą słowa, zima wciąż trwa, ale ja ją wciąż kocham, gdyż zdarza jej się przynosić nieoczekiwane dary. Największy z nich już pewnie śpi.
Jak to jest??
czwartek, 3 stycznia 2013
Szczęśliwego!
Nie było składania noworocznych życzeń, nie było postanowień. I nie będzie. I możecie sobie mieć pretensje, żale. Życzcie sobie. Postanawiajcie sobie co chcecie, jak najwięcej. Warto pamiętać jednak, że owe postanowienia, które siedzą wewnątrz duszy mogą powstać w każdą inną noc. Tak samo siłowe wciskanie życzeń opłatkowych, tydzień później dopychanie pijackimi ewolucjami przestrzeni opustoszałych po reakcjach wymiotnych. Szczerość czy fałszywość? Tradycja każe mi się uśmiechnąć więc uśmiecham się, wszyscy się uśmiechają. A czy nie fajna jest idea, żeby uśmiechać się, żeby wszyscy uśmiechali się w pozostałe dziewięćdziesiąt dziewięć coma dziewięć procent cyklu rocznego? Życzmy sobie codziennie szczęśliwego nowego dnia. Bez słów. Obecnością, gestem. Tak, wiem. Utopia.
Marzy mi się. Marzy mi się niebo fajerwerków.
Bingo! Mam, znalazłam podświadomy powód syfu na biurku. Bo właściwie chodzi o to, by zasłonić syf przeszłości. Bardzo poetycko brzmiałby morał w takich słowach. Tyle, że bajka byłaby co najmniej w tytułowej kategorii. I wystarczy myśl, że mogłabym nazwać to w ten sposób i dostaje odruchu, jak gdybym sobie palca włożyła do gardła. W zasadzie nie na myśl, nie na obraz a na zasłyszenie. Rzygam sobą. Rzygam myśląc o sobie potrafiącej coś takiego wymyślić. Bajkę. Bo tak nie myślę. Nie teraz. Jeszcze nie. Teraz po częściowym uprzątnięciu pozostał bałagan, a przez niego prześwituje przeszłość. Jeszcze parę nocy i nie będzie widać lasu przeszłości. Jeszcze kilka miesięcy i może w końcu uprzątnę wszystko pod dywan. Póki co przeraża mnie możliwość przeniesienia i pustka jaka pozostanie po lesie, gdy go wytnę w pień. Kalendarz niechcący wyrzuciłam. A wątkiem pobocznym jest odwieczna niechęć do odrzucenia pokusy romantycznego masochizmu, którą się zawsze tylko przysłania, by ujrzeć ją w najbardziej nieodpowiednim momencie.
Oduczyłam się pisania. Szczęśliwego nowego dnia.
Marzy mi się. Marzy mi się niebo fajerwerków.
Bingo! Mam, znalazłam podświadomy powód syfu na biurku. Bo właściwie chodzi o to, by zasłonić syf przeszłości. Bardzo poetycko brzmiałby morał w takich słowach. Tyle, że bajka byłaby co najmniej w tytułowej kategorii. I wystarczy myśl, że mogłabym nazwać to w ten sposób i dostaje odruchu, jak gdybym sobie palca włożyła do gardła. W zasadzie nie na myśl, nie na obraz a na zasłyszenie. Rzygam sobą. Rzygam myśląc o sobie potrafiącej coś takiego wymyślić. Bajkę. Bo tak nie myślę. Nie teraz. Jeszcze nie. Teraz po częściowym uprzątnięciu pozostał bałagan, a przez niego prześwituje przeszłość. Jeszcze parę nocy i nie będzie widać lasu przeszłości. Jeszcze kilka miesięcy i może w końcu uprzątnę wszystko pod dywan. Póki co przeraża mnie możliwość przeniesienia i pustka jaka pozostanie po lesie, gdy go wytnę w pień. Kalendarz niechcący wyrzuciłam. A wątkiem pobocznym jest odwieczna niechęć do odrzucenia pokusy romantycznego masochizmu, którą się zawsze tylko przysłania, by ujrzeć ją w najbardziej nieodpowiednim momencie.
"z dnia robię noc
czarne okna, śpię
z nocy dzień
chodzę, czytam, jem"
-Miron Białoszewski
Dlaczego rozmowa po ciemku jest fajniejsza? Sądzę, że to dlatego że mrok pochłania słowa, odpływają i przestają do nas należeć. Kiedy zaś wypowiadamy je w pełnym świetle stają się wyraźne i jednoznaczne i nie ma przed nimi ucieczki. Słowa po zachodzie słońca grzęzną w połowie drogi między snem a jawą, prawdą a wymysłem, realiami a wybujałą wyobraźnią. Rano są już zapomniane, upchnięte w tył głowy. Dzienne rozmowy zaś są nie do upchnięcia.
Pusto mi. Tęskni mi się. Jakoś tak nijak. Jakoś tak uhhhh. Porozmawiajmy.
Oduczyłam się pisania. Szczęśliwego nowego dnia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






