Nie jest to zwierzęcy strach, to nie ten nagły skok adrenaliny i kortyzolu, powodujący gęsią skórkę i fale zimnego potu na czole. Nie. To nieustające drżenie w środku. Jakaś część mnie w środku trzęsie się z przerażenia jak osika. Wciąż słyszę gorzki, ściskający w gardle głos, którego gdy zapytam: Będzie dobrze?, odpowiada: A co jeśli nie?
Gdy byłam mała kroiłam koty z sąsiedztwa, by zobaczyć co mają w środku. Moje dziecięce psychopatyczne myślenie pojmowało narządy jako wydzielaczy emocji. Serce jako organ miłości, mózg mądrości- tych byłam pewna, resztę? Resztę zmyślałam. Nie wiem dlaczego płuca były dla mnie narządem strachu. Może dlatego, że strach bawi się oddechem, przyspiesza go, zwalnia, zatrzymuje, zapiera dech w piersiach. Tak było wtedy. Teraz wiem, że nie ma narządu strachu, ale we mnie jest gdzieś umiejscowiony, nieznany, dobrze unaczyniony. Narząd strachu drży jeszcze silniej i dotkliwie.Przemijanie, omijanie, dochodzenie do porządku dziennego. To czego chce nigdy się nie wydarzy, teraz pełniej to do mnie dociera, koszmarniej.
Skończyły się czasy, kiedy można było być bezkarnie sentymentalnym, roztkliwionym. Pęd życia nie uznaje kierunku wstecz. I trzeba biec we mgle, na bezdechu i na oślep.Pomimo dezorientacji i strachu.Ze strachu rodzi się panika, a z paniki obłęd. Coraz częściej myślę, że wszyscy mamy zniekształconą psychikę, pokruszoną i oszalałą, niepokój, fobie.
Ja nawet nie oczekuję, że kiedykolwiek pojawi się szczęśliwe życie i sceny jak z amerykańskich filmów, że wokół zapanuje dobro i wszystko będzie śnieżnobiałe. Pragnę chwili absolutnego spokoju, pewności, że nic złego się nie dzieje, że jestem bezpieczna i że właśnie w tej chwili jest w porządku. Bez grozy, ciężaru i znojów. To tak jakby mój anatomiczny wiek dopasował się do tego na ile mentalnie się czuję.
Z tych oto powodów sypiam płytko, lekko trzęsąc się. W snach już z rzadka się pojawiasz. Zamiast tego leżysz w pozycji na misie. Dupka do dupki i śpi się.
Bezsennie.