A może wcale nie trzeba być we wszystkim najlepszym. Może lepiej jest stać spokojnie z boku, żyć, starać się tylko na miarę możliwości i chęci? Może nie powinniśmy dążyć do czegoś, co nie istnieje w ludzkim świecie doskonałości? Wszystko kłóci się z ideą człowieka, który poprzez błędy i cierpienia uczy się iść przez życie.
Doskonałość dla perfekcjonisty jest ułudą, to kompleks, zjawa która znika w ostatnim momencie, kiedy wydaje się, że jesteśmy krok od celu, a okazuje się, że pozostaje czekać na to co może nie przyjść. A może nie zawsze trzeba być na pierwszym miejscu? Po co się tak rozpycham obłudnie?
"Bądź najlepsza, zawsze. Kiedy widzisz kogoś, kto Cię prześcignął podpatruj go jak tego dokonał i zrób wszystko by zostawić go w tyle, choćby miał się przewrócić o Twoją podstawioną stopę." Nie wiem ile razy w ciągu ośmiu lat to przeczytałam, ile razy próbowałam wbić sobie do głowy. Jakoś chujowo wychodzi. Świat przeszkadza mi w życiu. Z przekonaniem, że nie będąc najlepszym jesteś najgorszym stwierdzam, że nie nadaję się do niczego. Nawet do czekania się nie nadaję, do życia się nie nadaję, do oddychania się nie nadaję.
Ale skoro nie nadaję się do Niczego, nadaję się do czegoś. Czegoś nie ma, a jeśli nie ma to muszę na to Coś poczekać.
Czekam.
Niech mi się uda być perfekcyjną. Proszę. Niech mi się uda.


